czwartek, 18 czerwca 2015

Coś.

Zachody słońca są piękne. Olbrzymia, ogniska kula znika wraz z kaskadą barw, za horyzontem. Krwistoczerwone niebo w jednej chwili traci swe kolory, przeistaczając się w granatowego giganta. Piękno dnia zanika, zostawiając za sobą niepokój nocy. Nagle wszystko staje się szare i smutne. Wcześniej rozbawione cienie zamieniają się w morderców gotowych zbić wszelkie poczucie spokoju. Patrzą na ciebie, czyhając... 


Jestem Robert, a przynajmniej tak mi ktoś powiedział, gdy wybudziłem się że śpiączki. Nie jestem w stanie opowiedzieć, co się przed tem  wydarzyło. Pamiętam tylko krótkie sceny, z kilku straconych dni. Nie mam nikogo, kto mogły przypomnieć mi kim byłem. Podejrzewam, że moje życie nie było wyjątkąwe. Gdybym był kimś ważnym na pewno miałbym częsciej gości. Jestem tu sam jak palec. Nie rozmawiam z nikim. Nikomu nie opowiadam o swych uczuciach. Psyholodzy się nie liczą. Oni nie chcą słuchać. To dla nich tylko praca.


Po wypadku miałem trafić do ośrodka dla osób z amnezją. Jednak jestem tu. Psyhiatryk nie jest mniejscem dla mnie. Nie krzyczę, nie miewam napadów furi bez powodu. Nigdy nie próbowałem się zabić. Ja... ja  po prostu nie pamiętam... Miewam tylko dziwne sny. Sądze, że przez nie tu jestem. Dom bez klamek dla człowieka bez tożsamości...  Lekarze próbują uleczyć mój umysł, jednak nie są w stanie tego uczynić. Zostałem w tym lesie już na zawsze. Moje myśli są zasnute ciemnoscią i strachem. Żaden człowiek tego nie zmieni...


Nie odchodź!  Tak dawno nie rozmawiałem z nikim bez kitla..


Wysłuchaj mnie, proszę...


To nie koniec opowieści. Możliwe, że są to tylko słowa chorego człowieka, jednak ja wierzę w prawdziwość tych wydarzeń. Ze snów i strzępków wspomnień ułożyłem spójną historie, jedyne wspomnienie bez szpitalnych murów. 


Był to zwykły weekend, taki, którego nie pamięta i nie wspomina się. Został w mojej pamięci tylko dlatego, że wtedy wydarzyło się TO.W sumie bawi mnie ten fakt. Najważniejszy dzień, ktory zmienił moje życie został stworzony w moim umyśle...


Nie ważne. Nie chcę cię zanudzać. Po prostu dawno nikt ze mną nie rozmawiał.... Wrócmy może do opowieści.


Tego dnia jechałem szybko, chcąc zdążyć przed sobotnimi korkami. Droga była pusta i sucha. Wschodzące zza horyzontu słońce raziło mnie w oczy, a w radiu słychać było cichą muzykę.
Nagle na pustej drodze pojawił się cień. Nie był to człowiek, ani zwierze. Wiedziałem, że to coś nierealnego, a mimo to z całej siły docisnąłem hamulec i maksymalnie przekręciłem kierownice w prawo. Samochód nie zareagował, rzucając moim ciałem po kabinie. Wydał jedynie dziwny pisk, który w tamtym momencie odczułem jako krzyk. Chciałem wykonać manerw ponownie, jednak moje kończyny nie współpracowało z umysłem, jakby zostały sparaliżowane przez dźwięk.  Nagle poczułem mocne wstrząsy. Słychać było trzaski łamanych gałęzi oraz odgłosy pekającego szkła. Zanim otworzyła się poduszka powietrzna uderzyłem twarzą w kierownice. Straszny ból opanował lewą część mojej twarzy. Świat w okół zawirował. Nagle wszystko ustało, a jedyna rzecz, która pozostała to był straszliwy,  przeszywający ból w głębi głowy. Potem nastała biel, której oddałem się w całości. 


Nie mam pojęcia kiedy straciłem przytomność. Możliwe że trwało to kilka godzin lub parę sekund. Obudziłem się przed zachodem słońca, leżąc głową w  dół we wraku pojazdu. W okół panował całkowity chaos. Drzewa zostały połamane, a trawa, po której prześlizgnęło się moje auto była całkowicie zniszczone. Gdybym zobaczył ten obraz w gazecie, nie uwierzyłbym, że ofiara przeżyła. 


Chciałem wyruszyć po pomoc jednak nadal czułem też ten straszny obezwładniający ból w czaszce, a do tego doszło jeszcze kłucie w kolanie. Usiadłem więc pod drzewem i podciagnałem nogi pod brodę. Postanowiłem uspokoić swoje serce i opanować iracjonalny strach przed samotnością. Trwałem w tej pozycji bardzo długo. Szum drzew i śpiewy ptaków zamieniły moje ciało w kamień, kojąc moją dusze.   


Kiedy w końcu byłem w stanie myśleć zrobiło się prawie całkiem ciemno. Po omacku wróciłem do wraku w celu znalezienia latarki i telefonu. Poszukiwania trwały krótko. Szybko jednak okazało się, że telefon jest całkowicie rozładowany. Wziąłem więc latarkę, paczkę baterii i przeklinając nietrwałość dzisiejszych smartfonów, ruszyłem chodnikiem w dół drogi. Okolice, w której się znalazłem znałem jak własną kieszeń. Gdy byłem mały rodzice często zabierali mnie do tego lasu na wycieczki. Sądziłem, że bez problemu trafię do pobliskiej wioski.
Szedłem szybkim krokiem, jakby ktoś nakazywał mi uciekać.  Nie myślałem nad tym co robię. Po prostu wykonywałem czynności niezbędne do przetrwania. Przesuwanie się do przodu stało się tak naturalną i niezbędną czynnością, że nawet nie zauważyłem kiedy bezpieczna jezdnia przeistoczyła się w ziejącą mrokiem otchłań lasu. Zmianę otoczenia ujrzałem dopiero, gdy ścieżka wysypana kamieniami zamieniła się w niebezpiecznie wąską, krzywą drogę.


Zamarłem zdziwiony. Szybki rzut oka na okolicę utwierdził mnie w przekonaniu, że moja sytuacja jest kiepska. Ze wszystkich stron otaczała mnie nieprzenikniona ciemność lasu. Światło rzucane przez latarkę sprawiało, że każde drzewo wyglądało jak człowiek. Mimo, że latarka rozświetlała tylko niewielki fragmnent mroku najbardziej martwiła mnie niepokojąca cisza. Brak jakichkolwiek odgłosów lasu sprawiał, że odniosłem wrażenie, że jestem jedyną żyjącą istotą.


Nagle, poczułem czyjąś bardzo koscistą rekę. Jej żelazny uscick prawie zmiażdżył mi kości. Chłód jej dotyku, obezwładniał, czyniąc mnie bezbronnym. Dopiero po paru sekundach byłem w stanie zareagować. 


Odskoczyłem na bok. Latarka upadła mi gdzieś w trawę, migocząc. Na kilka chwil zapadła całkowita ciemność. Moje serce przyspieszyło. Padłem na kolana.  Trawa była niska, ale mimo tego nie mogłem wymacać przyjemnie cieplej, plastikowej raczki. 


Latarka przetoczyła się kilka metrów, zatrzymując dopiero na wystajacym z ziemi korzeniu. Gdy ujrzałem jej światło byłem przeszczęśliwy. Dopadlem jej i mocno złapałem. 


I wtedy moim oczom okazał się wydrapany w skale napis.


Nie chciałem.


Przerażony zrobiłem krok w tył. Wpadłem na drzewo. Opuszkami palców na jego chropowatej powierzchni wyczulem wydrapane linie. Z nadzieją, że to tylko podpis jakiegoś nastolatka obrocilem się oswietlajac pien. Niestety moja nadzieja okazała się złudna. Drzewo zostało całkowicie obdarte z kory, a na jego powierzchni zostały wyryte napisy. 


Ze łzami w oczach pobieglem na ścieżkę. Pragnalem wydostać się z tego koszmaru. Chciałem obudzic się w ciepłym, bezpiecznym łóżku z daleka od ciemnej puszczy. 


Niestety to nie był sen. Zrozpaczony stwierdziłem, że zgubiłem drogę powrotną. Znalazłem się na polanie. Cisza panująca na tym terenie była jeszcze gorsza niż w lesie. Wdzierała się głęboko do wnętrza głowy pozbawiając wszystkich sił. Poznawałem tę okolice. Na środku polany znajdowała się stara, nawiedzona szopa. Nazywaliśmy ją tak, by odstraszać dzieci. Była siedliskiem żuli i innych meneli. Teraz jednak stała się dla mnie oazą.


Resztką sił dobiegłem do jej zbutwiałych drzwi. Zamknięte. Popchnąłem je z całej siły, wyłamując kilka desek. Do moich nozdrzy dotarł wyjatkowo silny i duszący zapach zgnilizny. Zasłoniłem ręką usta  próbując  uciec od mdłego zapachu śmierci. Obróciłem się pragnąc odejść od źródla smrodu jak najdalej.


- Witaj. - z mroku wyłonił się szeroki, biały uśmiech.

Jedyną rzeczą jaką zarerejstrowałem był zakrwawiony nóż w jego ręce. Odepchnąłem go, nim zdązył wbić mi go w serce. Lodowate ostrze osuneło się na mój nadgastek przecinając mi żyły. Klaun legł na ziemi. Biegłem przed siebie nie patrząc na nic. W nozdrzach czułem lodowate powietrze, a zakrwawiona ręka zaczeła mi drętwieć. Morkre kosmyki włosów wpadły mi do oczu. Krople potu przeszkadzał mi widzieć więc biegłem na oślep. Czułem coraz szybsze odgłosy bijącego rytmicznie serca. Wiedziałem, że się wykrwawiam. Przed oczami pojawiał mi się coraz większe całe plamy. Nogi stawały się coraz cięższe utrudniając mój bieg. W końcu upadłem na ziemie.

Leżałem w wysokiej trawie, jednak wiedziałem że mnie znajdzie. Po kilku mitutach grozy usłyszałem ciche stąpanie. Szelest zaschniętej stawał się coraz głośniejszy, tak samo jak mój oddech. Starałem się go uspokoić, jednak nie byłem w stanie. Kolejne minuty mijały w oczekiwaniu na koniec. Wsłuchiwałem się ciszę, czekając. Nagle gdzieś w oddali słyszałem jego nawoływanie. Po kojenych mitutach strachu w końcu go ujrzałem. Stał kilka króków ode mnie. Patrzył się w pustą przestrzeń. Po woli odwrócił głowę w moją strone. W jego szklistych, martwych oczach ujrzałem szaleństwo.


Obudziłem się w szpitalu, podłączony do respiratora. Kiedy wydobrzełem przewieźli mnie tutaj.


Dziękuje, że mnie wysłuchałeś.

Klikaj po więcej!

*
*
*
*
Trochę dłuższy post po długiej nieobecnosci ;)
Chciałam wstawić coś krótkiego tydzień temu, jednak wyszło jak wyszło i powstał on.
A i mam do was ważne pytanie. Wolicie brak akapitów, czy te?





Brak komentarzy: